WSPOMNIENIA
|
|
|
Wyłaniamy naszych przodków z niebytu. Dzięki
Tobie oni będą wśród nas. Każda nawet najdrobniejsza myśl po utrwaleniu
będzie stanowiła łącznik z tymi, którzy swoją ciężką pracą, miłością i wiarą
budowali lepszą przyszłość dla swoich potomków. Dla Ciebie i dla mnie... |
|
|
Wspomnienie to dotyczy
miejscowości Obertyn, położonej na Kresach w województwie Stanisławowskim,
nieopodal Kołomyji. Zamieszkiwali w niej na początku XX wieku moi dziadkowie
Rozalia (Baranowska) Czaja i Wojciech Czaja wraz ze swoim pięciorgiem dzieci
oraz dorosłą córką z pierwszego małżeństwa Wojciecha Czaji. Wojciech Czaja
był strażnikiem granicznym na granicy Rzeczpospolitej z Rumunią i Węgrami i
bardzo dobrym człowiekiem. Natomiast jego małżonka Rozalia Czaja zajmowała
się wychowaniem małoletnich dzieci i dość szybko po wybuchu wojny została
wdową. W Obertynie żyło się spokojnie i szczęśliwie, pośród rodziny, sióstr,
braci, rodziców, życzliwości sąsiadów oraz pięknych Kresowych krajobrazów i
orientalnej przyrody. Kres temu położył wybuch wojny oraz piekło jakie się
wtedy rozpętało dla Polaków z rąk Ukraińców UPA. Przez wiele lat słyszałam
wspomnienia z tamtych lat (lata 40 XX wieku), które powtarzane wielokrotnie
zapadły mi głęboko w pamięć. Rozalia Czaja już jako wdowa musiała ukrywać
się każdej nocy, nawet późną jesienią poza domem szukając noclegu wraz z
małymi dziećmi, w tym z najmłodszą urodzoną w grudniu 1940 roku
kilkumiesięczna córką Bronisławą, z zbożu, w polach kukurydzy, w snopach i
innych kryjówkach. Kryjówki należało zmieniać każdej nocy. Ukraińcy
przychodzili w nocy i dokonywali straszliwych rzezi, przed mordowaniem
okaleczali swoje ofiary i drwili z nich. Stałe wspomnienia jakie się z tym
wiązały to lęki i opowieści o odcinanych kobietom piersiach, urywaniu uszu,
języka, zakopywaniu żywcem, przypalaniu ciał, nie wyłączając starców i
dzieci. Wielu sąsiadów w ten sposób straciło życie podczas
niewypowiedzianych tortur. Polacy, stanowiący mniejszość ukrywali się w nocy
poza domem, w obawie o swoje dzieci. Czasami zdarzało się tak, że nad ranem
powracając z całonocnej tułaczki w polu kładli się spać w swoich domach i
wtedy następował atak Ukraińców, kończący się mordowaniem całych rodzin
poprzedzony wielogodzinnymi, okrutnymi torturami. Z powodu takich
straszliwych realiów życia i nocy spędzanych również jesienią i zimą w
kryjówkach poza domem dzieciom Rozalii (a także tysięcy Polaków, którzy w
podobny sposób ratowali swoje dzieci przed rzezią), które miały wtedy od
kilku miesięcy do kilku lat utworzyły się ciężko gojące odmrożenia, a jeden
z synów odmroził sobie całą główkę, którą wyleczyły dopiero Siostry
Służebniczki, prowadzące w Obertynie ochronkę. Każda noc była okupiona
lękiem utraty życia, niepewnością i ciężkimi trudami ukrywania się. Ukraińcy
byli bezwzględni i bezlitośni, nie mieli wyrozumiałości nawet dla kobiet i
dzieci. Zdarzało się, że dzieci Ukraiński podczas wspólnych zabaw w dzień
groziły dzieciom Polskim, że przyjdą je zabić w nocy. Groźby te okazywały
się często prawdziwe, z tym że mordów dokonywali ich ojcowie, podczas gdy w
dzień dzieci wspólnie się bawiły. Rodziny mieszane Polsko- Ukraińskie nie
były rzadkością i matki uczyły polskie dzieci mówić po Ukraińsku, w nadziei,
że to uchroni je w ostateczności przez rzezią, ponieważ mieszkańcy byli tak
wymieszani, że nie wiadomo juz było kto jest Polakiem a kto Ukraińcem.
Jednak Ukraińcy dokonujący rzezi nie mieli litości nawet dla rodzin
mieszanych. Rozalia Czaja z pomocą Bożą przetrwała wraz z dziećmi ten
koszmar i w 1943 lub 1944 została przesiedlona z Obertyna na teren Polski,
jednak lęki pozostały juz na zawsze. Ludzie ludziom zgotowali ten los i
zawsze należy pamiętać o tym, do czego zdolni są ludzie, gdy dusze ich
opanowują demony. Dziś trudno uwierzyć, że to się naprawdę wydarzyło, jednak
pamięć o tym straszliwym męczeństwie naszych rodaków powinna być wiecznie
żywa. mgr Anna Wójcik |
|
|
Domy w Koropcu były lepione z
gliny i kryte strzechą. Ściany ich malowano na kolor jasnoniebieski, a
fundamenty i ziemię w mieszkaniu na żółty i ceglasty. Chaty malowano kolka
razy w roku, więc zawsze wyglądały schludnie. Przed zimą stawiano jako
ochronę przed mrozem zahatę: sięgające do strzechy przemyślnie poustawiane
wokół każdego domu belki, za które kładziono w kilku warstwach słomę lub
liście. W centrum Koropca stał wielki jak na owe czasy budynek murowany, w
którym mieściły się dwa sklepy, przy skrzyżowaniu ulic prowadzących do
czterech dzielnic: Łęgów, Przewoźca, Wagnerówki i Podciemnego... Ludność
Koropca składała się z trzech narodowości – Ukraińców zwanych powszechnie
Rusinami, Polaków i Żydów. Proporcjonalnie do liczby mieszkańców były w
osiedlu dwie cerkwie (a w 1938 roku zaczęto budować trzecią), kościół i
bożnica. Polacy z Rusinami żyli w symbiozie... Na Łęgach i Przewoźcu, gdzie
mieszkało najwięcej Rusinów, działały czteroklasowe szkoły ruskie z
obowiązkowymi lekcjami języka polskiego, a w centrum – siedmioklasowa szkoła
polska, z obowiązkowymi lekcjami języka ruskiego. Była też szkoła żydowska,
gdzie uczono tylko hebrajskiego. Na piętnaście wsi należących do gminy,
szkoły polskie były tylko w Poźnikach, Nowosiółce i Horyhladach – bo tam
mieszkała wyłącznie ludność polska. W pozostałych wsiach, w znacznej
większości zamieszkałej przez Rusinów, szkoły były ruskie i uczęszczały do
nich także dzieci polskie... Budynek Urzędu Gminnego, tak jak inne chaty,
ulepiony był z gliny, kryty strzechą i z klepiskiem w środku. Personel
składał się z wójta Polaka i sekretarza Rusina... Pieczę nad zdrowiem
mieszkańców dzierżyło trzech lekarzy – polski, ruski i żydowski. Narodowość
lekarzy była w tym wypadku sprawą drugorzędną, liczyło się przede wszystkim
to, ile brali za usługę. Najbardziej wzięty był doktor Kronberg, bo brał
trochę mniej, choć tylko od najbliższych sąsiadów i to w ścisłej tajemnicy,
żeby nie robić konkurencji pozostałym. Powodzeniem cieszył się także Dieszek
– zwykły ruski chłop, który liznął trochę medycyny w armii austriackiej,
gdzie był sanitariuszem... Dzięki hrabiemu Stefanowi Badeniemu Koropiec był
osadą wyjątkowo uprzywilejowaną. W jego majątku wielu ludzi znajdowało
zatrudnienie. Wszyscy byli ubezpieczeni i dobrze opłacani; oprócz pensji
brali też wynagrodzenie w naturze – mleko, zboże, siano... Na Świętego
Mikołaja dzieci jego pracowników dostawały w prezencie skórzane buty i inne
drogie prezenty. Żyli znacznie lepiej od zamożnych gospodarzy. Hrabia nie
szczędził także pieniędzy dla dobra ogółu. Założył zapomogowo-pożyczkową
„Kasę Stefczyka”, z jego inicjatywy położono w osiedlu trotuary, zadbał o
to, by uczniowie dostawali codziennie w szkole szklankę ciepłego mleka. Jego
dzieci, Jaś i Zosia, nie gardziły towarzystwem dzieci z biednych rodzin i
sierot... |
| Mieczysław Eustachiewicz, ps. "Czarny", członek AK z placówki "Burza"
w Bieczu |
|
Wrzesień 1939
Wojna w 1939 roku zastała mnie w Bieczu, wieść głosiła , że Niemcy będą
rozstrzeliwać wszystkich poborowych i młodych ludzi, a przedtem wydłubywać
oczy i obcinać uszy. W związku z tym, nasz ojciec Klemens zdecydował, że
brat i ja musimy uciekać przed Niemcami na wschód. 04 wrześnie zorganizowano
nam transport: furmankę z koniem. Wsiedliśmy na nią wraz z naszym młodym
wujem, bratem ciotecznym ojca mecenasem Edwardem Brożyną, kuzynem Zygmuntem
Jagielskim, Wojciechem Malinowskim oraz innym kuzynem Aleksandrem
Szczepańskim... i wyruszyliśmy w stronę Jasła, do kolejnego kuzyna Wojciecha
Cholewy. Ten wraz z innymi kolejarzami zorganizowali pociąg z uciekinierami
na wschód. Przejeżdżając przez Krosno widzieliśmy w oddali kłęby dymu, to
paliła się fabryka butów " Bata", którą zbombardowali Niemcy.
Dojechaliśmy w krótkim czasie do Sambora. Zobaczyliśmy straszny widok. Zwały
gruzu, sterty trupów. Okazało się, że Niemcy zbombardowali to miasto
niedługo przed naszym przybyciem. Musieliśmy dość długo czekać zaczem
kolejarze uporządkowali tory, aby można było dalej jechać. Nim ruszyliśmy,
doczepiono jeszcze do pociągu kilka wagonów z wojskiem polskim ewakuującym
się do Rumunii. Na platformie jednego z wagonów stało działo
przeciwlotnicze. Podczas podróży kilkakrotnie nasz pociąg był bombardowany
przez niemieckie samoloty. Mieliśmy dużo szczęścia, że owe bomby nie trafiły
w nasz pociąg. Podczas nalotu zeskakiwaliśmy z wagonu i kryliśmy się w
lesie. Zołnierze polscy z pociągu zestrzelili nawet samolot niemiecki i
wzięli do niewoli niemieckiego pilota, który się katapultował z
ostrzeliwanego samolotu. Po drodze zatrzymaliśmy się w Stanisławowie, a po
tygodniu ruszyliśmy dalej do Kołomyi , tam byliśmy przez kilkanaście dni.
Otrzymano rozkaz, aby jechać dalej na wschód i tak dotarliśmy do Lwowa.
Stacja była zbombardowana, a z dworca pozostały jedynie filary. Nasz pociąg
skierowano do Zaleszczyk na granicy z Rumunią. Przyjechaliśmy tam o godzinie
23 -ej. Po dłuższych rozmowach ze strażą graniczną okazało się, że dalej
mogą jechać tylko mężczyźni, którzy skończyli 20 lat. Wszystkim więc
sprawdzano dowody osobiste. Nasz kuzyn Jurek Cholewa musiał opuścić nasz
wagon, bo tylko on spełniał ten wymóg, był starszy i mógł jechać dalej.
Okazało się potem, że walczył w Wojsku Polskim w Anglii, służył w Dywizji
gen. Maczka. Po wojnie wrócił do Polski. Po sprawdzeniu dokumentów pociąg
ruszył dalej na wschód, dotarliśmy do miejscowości Buczacz, o 70 km
oddalonej od granicy z Sowietami. Zostaliśmy zakwaterowani w Buczaczu w
salach szkolnych , obok bursy. Bursa była zajęta przez wysiedlone sanatorium
z Istebnej , uprzednio ewakuowane ze Sląska wraz ze szpitalem. Bursa stała
się tymczasowym magazynem : złożono tam wyposażenie szpitalne, zapasy
żywnościowe: mąkę, kaszę, cukier, konserwy, kawę, słoninę, smalec itp. Na
strychu natomiast składowano we woreczkach gips, łyżki widelce. Pieczę nad
tym wszystkim sprawowali pracownicy sanatorium. Na górze, nad szkołą w
której mieszkaliśmy stał klasztor O.O.Kapucynów w pięknym ogrodzie, gdzie
znajdowały się liczne krzewy, drzewa owocowe - jabłonie i orzechy włoskie.
Pewnego razu na szkolnym podwórzu zakwaterował się oddział naszej kawalerii
WP, które wycofywało się ze wschodu po 17 września. Wszyscy kawalerzyści na
koniach, powiadali, że sowieci uderzyli na Polskę. Wielu z nich było
poważnie rannych, inni mieli obandażowane głowy, ręce lub nogi. Ich dowódca
zadecydował, że wobec braku rozkazów od przełożonych, z którymi utracili
łączność - zarządzenie zbiórki i podjął decyzję o rozwiązaniu oddziału,
ponieważ zostali otoczeni z dwóch stron, przez Niemców i Rosjan. A z oddali
dochodził nadal huk wystrzałów i nie było innego wyjścia. Ten oddział
kawalerii zabrał ze sobą rozsądnie kuchnię polową i mógł się żywić po drodze
na własną rękę, toteż dotarł w całości aż do Buczacza. Kwatera buczacka
stała się tymczasowym przystankiem dla dalszej tułaczki, uciekinierzy
wybrali spośród siebie dowodzącego o nazwisku Jaskółka, i pochodził on z
Nowego Sącza - o ile sobie dobrze przypominam. Jego działalność zaczęła się
od przeniesienia prowiantu szpitalnego do szkoły w celu zabezpieczenia przed
ewentualnym nadejściem sowietów, tym bardziej że zapasy uciekinierów z
pociągu również się kończyły. Wszystkie te zapasy żywnościowe przeniesiono i
poukładano na w każdej sali, przykryto prześcieradłami i na tych posłaniach
wszyscy spali, chroniąc wiktuały przed zarekwirowaniem przez bolszewików,
których nadejście zbliżało się do Buczcza nieuchronnie. Front agresji ze
wschodu zbliżał się i słychać było strzały z karabinów, coraz wyraźniej.
Pewnego popołudnia w niedzielę poszedłem do miasta i zobaczyłem Żydów z
transparentami oczekujących z powitaniem na wejście sowieckiego wojska. W
ten też dzień Armia Czerwona wkroczyła do miasta. Żołnierze mieli szpiczaste
czapki z czerwoną gwiazdą, długie, wystrzępione płaszcze nosili karabiny na
sznurkach lub paskach. Nadjechali ciężarowymi samochodami a traktory
ciągnęły armaty. Potem się okazało, że wojska sowieckie doszły do Przemyśla.
Od razu zarekwirowali kuchnię polową naszej kawalerii, a sowieci kazali
naszym kobietom gotować dla siebie śniadania i obiady. Ty sytuacja trwała
przez okres trzech miesięcy. Brat Edek i ja musieliśmy jeździć codziennie z
wózkiem do miasta po pieczywo, gdyż piekarnia znajdowała się w centrum.
Okupacja sowiecka.
Pewnego dnia, kiedy staliśmy w kolejce po poranną kawę, usłyszeliśmy
strzały. Wybuchła panika i zaczęliśmy uciekać wraz z kuzynką Haliną Cholewą
do wnętrza szkoły. Potem do sali szkolnej ktoś wrzucił granat. Wybuchła
panika i chcieliśmy uciekać wraz z kuzynką Haliną Cholewą, która została
ranna , a oprócz niej było także kilka osób zabitych i rannych. Do sali
szkolnej wpadli żołnierze sowieccy - kazali nam wszystkim podnieść ręce do
góry i pytali kto strzelał. Ponieważ nikt się nie przyznał, kazali nam wyjść
na podwórze , ustawić się w czwórki i ustawili pod ścianą szkoły z rękami do
góry, twarzami do muru. Widziałem, jak ustawiano karabin maszynowy i
przygotowywano go do strzału. Za nami , z tyłu stanęło dwóch sowieckich
żołnierzy. W tej chwili pojawili się oficerowie NKWD lub z GPU i zaczęli nas
wypytywać kto to strzelał z sali do żołnierzy na zewnątrz. Nikt się nie
przyznał, dlatego zdecydowali się przeszukać nasze sale, czy przypadkiem
ktoś nie ukrył broni. Po chwili żołnierze przyprowadzili mężczyznę -
Ukraińca, który ukrywał się na strychu między starymi pakami. Chciał stamtąd
sprowokować strzałami żołnierzy sowieckich do rozprawienia się z polskimi
jeńcami , gdyż czuł do nas wielką nienawiść. Jak się potem okazało, nie był
to wypadek odosobniony, bo wielu Polaków wtedy zginęło z rąk Ukraińców. Tego
Ukraińca jednak rozstrzelano, a nam nakazano się rozejść, gdyż broń schowana
w kominie na strychu należała do owego Ukraińca. Był to pierwszy łut
szczęścia, dzięki któremu uniknęliśmy egzekucji z rąk sowieckich i
zdołaliśmy przeżyć.
Okupacja niemiecka.
Po przybyciu na stronę lewą rzeki znaleźliśmy się w strefie okupacji
niemieckiej. Żołnierze niemieccy kazali nam wysiadać i zakwaterowali nas w
budynku pilnowanym przez uzbrojonych wartowników. Potraktowano nas jak
jeńców wojennych, kazano nam zdjąć ubrania do dezynfekcji. Na drugi dzień
sporządzono spisy dla celów ewidencji i padło oświadczenie, że wszyscy
zdrowi zostaną wywiezieni do pracy przymusowej na rok lub dłużej do Niemiec.
Udało się nam jednak przekupić starszego wartownika niemieckiego na bramie
miejsca zatrzymania i wydostaliśmy się stamtąd. Wieczorem, jakimś pojazdem
dojechaliśmy do najbliższej stacji kolejowej i stamtąd udaliśmy się
pociągiem do Jasła, z którego rozpoczęliśmy naszą ucieczkę przed Niemcami we
wrześniu 1939 roku. (...)
Mieczysław Eustachiewicz ps. "Czarny", członek AK z placówki "Burza" w
Bieczu |
| Wspomnienia okupacyjne Wiesi Wacławskiej- Stępkowiczowej |
|
W Bieczu, rodzinnym mieście
mojej mamy znalazłam się w wyniku tragicznych przeżyć wojennych i dwu
wrogich okupacji naszej ojczyzny – na początku 1942 roku. Mama przyszła na
piechotę z Łodzi ze mną, idąc lasami i nocami. Karmili nas po drodze ludzie
przypadkowi oraz partyzanci. Przybyłyśmy do Biecza razem: mama i ja, mała
zagłodzona i ciężko chora sześcioletnia DZIEWCZYNKA, PROSTO Z NIEMIECKIEGO
OBOZU. Powróciliśmy szczęśliwe żywe i całe, ale chore z przemęczenia i
osłabione . Rodzice całkowicie wyzuci z dorobku życiowego byli rozłączeni,
sklep przy ulicy Trybunalskiej znajdował się w lokalu wynajętym od hrabiego
, pozostawiony został w Samborze, gdzie mieszkaliśmy przed II wojną. Rodzice
posiadali tam sklep z towarami różnymi i zdążyli już przed wybuchem wojny
być zamożnymi kupcami. A tak trudne przecież mieli początki, bo ojciec
zdobył kapitał założycielski, ciężko pracując na emigracji we Francji w
XX-leciu międzywojennym, przy budowie metra, tam stracił w wypadku przy
pracy zdrowie, oraz oko i za pieniądze otrzymane z ubezpieczenia oraz
oszczędności z pracy z chciał założyć własny sklep. Powrócił więc z Francji
do Polski , udał się po wyleczeniu ran do Biecza – jako że pochodził z
pobliskiej wsi Rozembark ( po wojnie Rożnowice) i chciał otworzyć sklep w
mieście. Niestety nie mógł tego uczynić z powodu braku odpowiedniego lokalu
i żydowskiej konkurencji, która narzucała swe prawa bieckiemu rynkowi
handlowemu.
Rodzice pobrali się w 1934 roku, mama Józefa z domu Zabawa mieszkała ze
swymi rodzicami na Załawiu, a tata Augustyn Wacławski syn Władysława i
Heleny urodził się 13 października 1904 w Warzycach koło Jasła. W roku 1936,
18 lutego - urodziłam się ja i umilałam życie swoim rodzicom do samego
wybuchu wojny, a właściwie do momentu nieprzewidzianego zajęcia Sambora
przez sowietów w dniu 17 września 1939 roku.I to był początek rodzinnej
tragedii oraz rozłąki. Granice zostały zamknięte traktatem Ribentropp-
Mołotow i Polaków w strefie sowieckim wszystkich ładowano do wywózki na
Sybir. Ojciec wykupił się wraz z rodziną od miejscowego komadira i
wyjechaliśmy w kierunku zachodnim, do Biecza. Nie dojechaliśmy jednak, gdyż
drogę zastawili nam Niemcy, zatrzymując pociąg i zgarniając ludzi do
ciężarówek, wieźli do tymczasowych obozów. I tak przerzucano nas z Radomska
do Konstantynowa, potem do Łodzi i tutaj rozłączyli mnie z rodzicami,
zostałam w Łodzi w obozie dla dzieci. Cała ta tułaczka trwała około dwa
lata, mama pamiętała o odebranym rodzicom przemocą dziecku i odnalazła mnie
w obozowym dziecińcu, nocą wykradła i uciekała w kierunku południowym. Zycie
uratował mi doktor Roman Soczyński, który zajął się bez honorarium
wyprowadzeniem konającego dziecka z obustronnego zapalenia płuc, strasznych
, zaropiałych uszu, palców rąk i ogólnego tragicznego stanu. Ważyłam niecałe
20 kg i dopiero za rok zaczęłam wyglądać stosownie do swego wieku.
Odkarmiono mnie kozim mlekiem i ciepłą strawą.Tata i mama przez dwa czy trzy
lata byli rozłączeni, nie wiedząc nic o sobie. Jedyną rzeczą jaką zabrał
ojciec ze sobą z Sambora był zeszyt dłużników biorących w jego sklepie towar
na kredyt, który nigdy nie został spłacony. Dziś jest to tylko dokument,
pamiątka święta, o istnieniu osób i określonych nazwiskach mieszkających tam
przed wojną. Zapewne większość tych osób znalazła się na Syberii bez śladu
swego istnienia. Dla pamięci pokoleniowej tych osób przytoczę je – byli to
Polacy i innych narodowości mieszkańcy miasta Sambor : Sklep znajdował się w
pobliżu koszar wojskowych, przy ulicy Trybunalskiej na wprost sądu. Stąd
wiele nazwisk oznaczył ojciec słowem wojsk. Być może to, co teraz napiszę,
jest ostatnim śladem po naszych wiernych żołnierzach kresowych, którzy już
nie znaleźli się żywi w wolnej ojczyźnie z powodu wejścia sowietów i zagłady
polskich oficerów i żołnierzy oraz policjantów w obozach śmierci jak Katyń,
Miednoje, Starobielsk, Charków i wiele innych miejscach kaźni. Oto ich
nazwiska: Wojskowy Piwowarski, Jan Kostyszyn, z rodziny wojskowej
Swierszczowa, Jaśków, Stażyk, z rodziny wojskowej Penarowa , Nowakowa –
wojskowa rodzina, Kardachowa wojsk. , Rusakowa – wojsk. Rowiński – naczelnik
poczty, przodownik z Kiżny ( nie wpisane nazwisko), szewc Hnatko, Hutter –
emeryt, Naczelnikowa więzienia , Ziemków, Włodarczyk, Sarykady – Dzikowicz,
Toczkowa z rodziny wojskowej, Tschakowa, prokurator Mosingiewicz, żona
maszynisty kolejowego Borczowa, , emeryt Zajączkowski, urzędnik Kostyrka,
Ziarnkowa – wojskowa rodzina, Ferencowa - wojsk. Żona maszynisty kolejowego
Rainska, Wacławska – wojsk. , Kościuk – emeryt, Frazik, strażnik – Czachor,
krawiec Unijał, dentysta Petelach, ślusarz Steczyk , krawcowa
Korpaskowa.Jest to tylko nikły ślad resztkowy , pozostałe dokumenty się nie
zachowały.W czasie okupacji nie chodziłam do szkoły, rozpoczęłam edukację w
1945 roku po zakończeniu wojny, od pierwszej klasy szkoły powszechnej. W
1945 roku od 13 października przestałam być jedynaczką, córeczką tatusia, bo
na świat przyszła moja siostra, jako wynik radosnej euforii rodziców z
powodu radości wyzwolenia spod okupacji niemieckiej i połączenia się
rodziców po długiej rozłące. Moja mała siostrzyczka Lucynka wyspecjalizowała
się w przeszkadzaniu „dorosłej”, czyli mnie już wtedy jedenastoletniej
panience z długim warkoczem i absorbowała mamę i tatę, a ja zostawałam
pozostawiana sama sobie. Może nadal byłam oczkiem w głowie swego taty, ale
już musiałam dzielić się miłością rodzicielską z tym małym przybyszem
rodzinnym, co mi bardzo nie odpowiadało. Rodzice otworzyli sklep w samym
rynku w Bieczu i sprzedawali szwarc, mydło i powidło. Na początku
egzystowali całkiem znośnie, oszczędzając i pracując w pocie czoła,
usiłowali nadrobić utracone zasoby , było ciężko, a jeszcze tragiczniej
zrobiło się, gdy socjalistyczna, ludowa władza zaczęła tępić prywatną
inicjatywę pod hasłem walki z wrogiem klasowym i podatki nakładano bez
umiaru oraz UB wzywało ojca na różne przesłuchania .Obarczona mianem wroga
klasowego w społeczności bieckiej, rosłam jako ktoś gorszy i nieustannie
wytykany palcami z powodu swego nieprawomyślnego pochodzenia. Byłam więc
uczennicą , a moje wrogie klasowe pochodzenie stało się powodem odmówienia
mi przyjęcia do bieckiego liceum w 1949 roku. Czerń nocy stalinowskiej w
wydaniu bieckim, opóźniła więc moją edukację na poziomie średnim o cały
jeden rok, kiedy za radą wysiedleńca adwokata dr Mieczysława Bielskiego
ponownie starałam się o przyjęcie. Dla treningu umysłowego rodzice wpisali
mnie ponownie do siódmej klasy szkoły podstawowej od półrocza i w 1950 roku
razem z wychowawcą i kierownikiem szkoły powszechnej, który został
przeniesiony na stanowisko dyrektora liceum w ramach reformy szkolnej,
zostałam przyjęta do liceum. I od tej chwili notuje się nasza przyjaźń z
autorką strony, której jestem aktualnie gościem. W bieckim liceum uczyłyśmy
się w ósmej klasie w bożnicy, tuż koło domu w którym znajdował się na
parterze nasz sklep, a na piętrze opuszczonego przez Zydów domu
zamieszkaliśmy z całą rodziną.Naszą wychowawczynią została też
przedstawicielka wrogiej klasy posiadaczy ( od co najmniej XVIII wieku) tzw.
resztówki majątku zwanego „balówką” panna Paulina Balówna, drobna, miła
profesorka od chemii.Wiodącego języka „przyjaciół” rosyjskiego nauczał nas
roztropnie poświęcając lekcje pogadankom na wszystkie tematy profesor-
staruszek M. Bielski, który nas rozumiał jak nikt i rozpieszczał nic nie
robieniem.Języka polskiego uczyła nas również pani wysiedlona z za Buga,
spod Lwowa czy Tarnopola - Wanda Kazimiera Mazurówna , której ojciec jako
dyrektor miejscowego liceum został właśnie odsunięty, pozbawiony pracy i na
jego miejsce mianowano naszego kierownika szkoły mgr Mariana
Chrostowskiego. Na śniadanie wpadałam na dużej przerwie do mamy do sklepu,
lub do domu, moje życie w liceum wkrótce zdominowały osiągnięcia sportowe na
boisku szkolnym, gdzie biłam wszelkie rekordy w skoku w dal, wzwyż i biegi
sprinterskie.Te wyniki sportowe przyczyniały się do sławy szkoły i jej
osiągnięć na spartakiadach regionalnych, a pośrednio wpływały na ocenę pracy
wychowawczej i dydaktycznej szkoły oraz jej grona. Toteż młodzież
wyróżniająca się stanowiła swoisty kapitał poręczycielski dla pedagogów,
którzy ustawicznie czuli się zagrożeni na swych posadach z powodów
politycznych i wszelkich innych wymyślonych przez stalinowskie władze
oświatowe w Rzeszowie.Organizowane spartakiady powiatowe oraz wojewódzkie
były okazją do wyjazdów do Gorlic lub Krosna, albo Rzeszowa i były to jedyne
możliwości poznawania świata w tym czasie. W nagrodę można było jeszcze
wyjechać np. na Festiwal Młodzieży do Warszawy, co przytrafiało się jedynie
przodownikom nauki i pracy społecznej lub sportowcom takim jak ja z dobrymi
wynikami.Nasz wysoki poziom sportowych wyczynów zawdzięczaliśmy wielu
godzinom treningów pod bacznym OKIEM PANI OD W.F. prof. Greczner.Do ZMP
nawet z powodu mego pochodzenia nie zostałam przyjęta jako wróg ludu, ale
mogłam reprezentować szkołę jako zawodniczka SKS – u. Po zdaniu pomyślnie
matury w 1954 roku startowałam na AWF do Warszawy za namową pani od w.f.
Zostałam przyjęta na pierwszy rok studiów i ...niestety musiałam te studia
przerwać. Zmarł niespodziewanie mój ojciec w wieku 49 lat sterany pracą i
przeżyciami wojennymi. Powróciłam do Biecza i podjęłam pracę zarobkową w
banku GS „Samopomoc Chłopska”. Wkrótce wyszłam za mąż , urodziłam
wspaniałego syna Roberta i dziś czekam na przeliczenie swej emerytury w euro
pełna niepokoju, co do swej przyszłości w wolnej ojczyźnie. Mam dwoje
najwspanialszych wnuków i nadzieję, że dopiero oni będą naprawdę żyli w
innych, normalnych warunkach życiowych, czego im i całemu pokoleniu polskiej
młodzieży serdecznie życzę.
Wiesia Wacławska-Stępkowicz, maj 2003. |
|
|
Jezierzany - była to duża wieś,
licząca ponad 600 gospodarstw, niedaleko Stanisławowa. Obszar zabudowany
obejmował około 9 km2. Mieszkało tam ponad 3.000 ludzi, ponad 50% Polaków,
reszta Ukraińcy, których nazywano Rusinami. Żyły tam 3 rodziny żydowskie, w
tym dwie z nich prowadziły sklepy spożywcze, a dalsze trzy sklepy prowadzone
były przez Polaków, oraz jeden sklep prowadził Ukrainiec Sołodki -
późniejszy, po klęsce wrześniowej - wójt Jezierzan. Policja i poczta
znajdowały się w oddalonym o 5 km Chocimierzu.
We wsi była szkoła podstawowa, kościół rzymsko-katolicki, cerkiew
grecko-katolicka z plebanią popa i cerkiew ewangelicka. Była też czynna
świetlica, kółko rolnicze, mleczarnia i kancelaria, a nawet jednocelowy
areszt, z którego od czasu do czasu przez zakratowane okno smutnie spoglądał
"lokator". Poza tym wieś miała 3 stawy (Kierniczki, Żłób i Staw), a sama
była podzielona na dzielnice, jak: Mogiłki, Łupejka, Doliny, Pod Łanem,
Gruszka itp. Ulice nie miały swoich nazw. Znaczna większość Polaków
zamieszkiwała w centralnej części wsi, gdzie stał kościół, stąd był
dorozumiany podział dominacji "przed mostem", tj. północno-zachodnia część
wsi od strony powiatowego miasta Tłumacza - dominacja Polaków (Ukraińcy
prawie nie pokazywali się tutaj) i część "za mostem" (większy obszar wsi),
gdzie już było więcej Ukraińców. Życie kulturalne i towarzyskie Polaków
toczyło się wokół kościoła, świetlicy, kółka rolniczego i oczywiście w
domach, a Ukraińców - w ich świetlicy zwanej czytelnią i w domach. Za mojej
pamięci, tj. gdzieś tak od początku lat trzydziestych, prym w dziedzinie
kultury, dobrych manier i widzenia świata dalej niż własne opłotki
prowadzili Polacy. Na każdym kroku manifestowano swą polskość, co siłą
rzeczy gdzieś tam w zaułkach, na pewno, rozjątrzało bardziej krewkich
Rusinów. Ale oficjalnie wszystko było w porządku. Polska była Polską!
Wspomnę tu chociażby przepiękne, długie, pogodne wieczory, kiedy po stronie
ruskiej (a tu mieszkałem) młodzi Rusini całymi grupami przemierzając liczne
ulice, śpiewali na kilka głosów swoje przecudne dumki, a najczęściej o
słowiku, którą do dziś z radością nucę. A ta dumka zaczynała się tak: "Oj
pridu ja na tu horu, de sołoweńko szczebetał..." (oj pójdę ja na tę górę,
gdzie słowiczek szczebiotał...). A w tym czasie w "dzielnicy" polskiej nasza
młodzież wywodziła trele w większości o zabarwieniu patriotycznym. Należy
stwierdzić, że w Jezierzanach Polacy i Rusini żyli w zgodnej symbiozie i w
większości wzajemnie traktowali się wprost po przyjacielsku, szanując
oczywiście swoją odrębność narodową. Wprawdzie młodzież męska, ta bardziej
buńczuczna, wychodząc z domu zawsze wkładała do kieszeni nóż czy kastet i to
działało odstraszająco jak dziś broń jądrowa, dzięki czemu do poważniejszych
potyczek nie dochodziło. Ale życie było spokojne. W szkole też wszyscy
byliśmy równi.
Rodzice moi prowadzili kilkuhektarowe gospodarstwo rolne. Niewiele tego
było, bo przy wyposażeniu w przyszłości naszej piątki przypadałoby na
każdego z nas poniżej 2 ha ziemi, ale gospodarstwo to było prężne, dobrze
prowadzone i zaliczaliśmy się do tzw. średniaków. Ojciec, nad wyraz
pracowity, bardziej był stolarzem, cieślą, niż rolnikiem. Prócz krawiectwa,
potrafił zrobić wszystko. Rzekłbym złota rączka do wszystkiego. Zmarnowany
wielki talent, bo gdzież Mu tam było do "szkół". Stawiał ludziom różne
budowle, najczęściej za marny grosz, bo był człowiekiem o gołębim sercu.
Miał zadowolenie w tym, że wykonał dobrą robotę. Mama wprawdzie wymawiała
ojcu, że za takie prace winien otrzymywać godziwą zapłatę, ale to jakoś nie
znajdowało posłuchu. Na gospodarstwie też od świtu do nocy ciężko pracował,
bo żadnych maszyn rolniczych tam nie było. O ewentualnym powiększeniu
gospodarstwa (to było stałym marzeniem rodziców) było trudno, bo przychód z
gospodarstwa był mały, a cena ziemi wysoka. I tak, hektar ziemi - a był tam
czarnoziem, bardzo urodzajna gleba - kosztował ponad 1.200 zł. A dochody
rolnika: 1 kwintal żyta - 8 zł, pszenicy - 12 zł, jajko - 3 grosze. Ale już
za 1 kg cukru trzeba było zapłacić 1 zł, za średnie buty 12 zł, za pudełko
zapałek - 5 gr. Stąd nie dziwiłem się, że biedota dzieliła 1 zapałkę na 2
części. Zarobek natomiast był różny. Roboczo-dniówka kosztowała 1 zł,
parobek miesięcznie zarabiał 5 zł plus utrzymanie. Pensja nauczycielska
wynosiła 180 - 200 zł, a sędziego sądu okręgowego 800 zł. A więc żywot
rolnika nie był lekki!. Jeśli idzie o niektóre obyczaje tam panujące, to
Polacy w znacznej większości rozmawiali po rusku. Z dziećmi zaś, do
ukończenia przez nie szkoły, rozmawiano tylko po polsku. Przy spotkaniach
Polak - Ukrainiec zawsze pozdrawiało się słowami Sława Isusu Chrestu,
odpowiedź Na wiki wikow. Już jako 11 letni chłopiec samodzielnie wyjeżdżałem
końmi na pole orać ziemię. Najcięższe prace na polu to było żęcie sierpem
zboża (żyto i pszenica). Krzyż trzaskał z bólu, a trzeba było pracować.
Resztę kosiło się kosą. Do bogaczy przyjeżdżali z gór Huculi (górale z
Karpat). Żęli zboże za co dziesiąty snop. Jak oni to wytrzymywali? A życie
toczyło się powoli, ciekawie, nawet radośnie, ale bez większych perspektyw!
Zagrody w całej wsi były w znacznej większości ogrodzone parkanami z dużymi
bramami i furtką na przejście. Na naszej zagrodzie stał dom mieszkalny z
oszklonym gankiem, obora, stodoła i głęboka ocembrowana studnia. Wszystko
dzieło ojca. Zdarzyło się dwa razy, że w czasie zimy zamiotło nam śniegiem
całe domostwo. Góra śniegi zrównana była z budynkami. Ojciec, chcąc dostać
się do obory i studni, musiał wyrąbać przez całe podwórze tunel. Przy jego
drążeniu całe bryły ubitego śniegu wnosił do kuchni, matka w garnkach ten
śnieg topiła, a dla nas "uwięzionych" dzieciaczków, jak zwykle była wielka
frajda i uciecha z tego, że jesteśmy uwięzieni. Gdy jestem przy temacie
śnieżnym, wspomnę o wielkiej przykrości, jaka mnie spotkała i na długo
pozostało mi to w pamięci. Byłem już w 2 lub 3 klasie miejscowej szkoły.
Bardzo chciałem mieć narty z prawdziwego zdarzenia. Tato mi je zrobił. Były
przepiękne. A ja, nadgorliwy, ponieważ jeszcze nie było "okucia", wziąłem
zupełnie nowe buty z cholewami i jeden z nich pociąłem na paski, przybijając
je do nart. No i stało się! Wracam ze szkoły, a ojciec już na mnie czekał.
Trzymając moje ukochane narty w rękach, spojrzał na mnie groźnie, krzyknął
"ty łupiju" - tak zwykł mówić na potępieńca - chwycił siekierę i na moich,
przerażonych oczach porąbał je na kawałki. Jeden kawałek - ten z wygięciem-
udało mi się schować i przez lata oglądałem to cacko jak relikwię. Później
musiałem już sam sobie w tym zakresie radzić.
W lecie i jesienią już od najmłodszych lat trzeba było wstawać równo ze
wschodem słońca, bo pędziło się bydło na pastwiska. Potem się szło do szkoły
lub do wspólnej pracy na polu. Zaś od sierpnia do października wsiadało się
na konie i jechało w pole paść zwierzęta w koniczynie. Koniom zakładaliśmy
na przednie nogi pęta, one pasły się do świtu, a my zauroczeni pięknem
przyrody i kresowych przestrzeni (można tu mówić o burzanach wonnych)
baraszkowaliśmy, by po północy troszkę pod derką przespać się, bo przed
wschodem słońca trzeba było być w domu. Mama zawsze w tych przypadkach
bardzo bała się o mnie. Raz nawet, aby mnie odwieść od nocnych wojaży, było
jeszcze ciemno, nad ranem, gdy wróciłem z końmi, przeszła od ganka do bramy
w białej koszuli nakryta chustą zamykając stajnię, patrzyłem oniemiały z
przerażenia. Podszedłem do furtki od ogrodu - zamknięta, ganek od mieszkania
- zamknięty. No to myślę - postać poszła na drogę. Podchodzę do bramy -
zamknięta i nikogo nie ma. Rano wszyscy powstawali jak gdyby nic się nie
stało. Po jakimś czasie, na moje podchwytliwe pytania, czy to mama była tą
postacią, mama odpowiadała wymijająco, że jeśli coś takiego widziałem, to
chyba musiał być duch!. I ten "duch" do dziś nie rozszyfrowany spowodował ku
uciesze mamy, że zaprzestałem wypasania koni w nocy. Zresztą nie dziwiłem
się nadmiernej bojaźni mamy o mnie, bo kilkunastoletni brat mego taty -
Władysław, mieszkający razem z nami, gdy byłem jeszcze malutki, harcując na
koniach, spadł z konia, łamiąc sobie kręgosłup i młodo zmarł. Więc ten
fortel mamy z "duchami" wart był Nobla.
W szkole językiem wykładowym był język polski. Dopiero od trzeciej klasy
były lekcje języka ukraińskiego. Ale już w Stanisławowie - mieście
wojewódzkim, była m.in. tzw. "Nasza Szkoła" powszechna i średnia, do których
uczęszczali tylko Ukraińcy i wykładali tylko Ukraińcy. Tam już była kuźnia
nacjonalizmu ukraińskiego. Chociaż i u nas począwszy od połowy lat
trzydziestych coraz wyraźniej zauważano u Ukraińców postępujący "zaczepny"
nacjonalizm. W każdym razie ta "symbioza" trwała do połowy 1943 roku, kiedy
to jak grom z jasnego nieba przystąpiono do totalnego mordowania ludności
polskiej - od niemowląt do starców - przez tamtejszych Ukraińców -
banderowców. Ale o tym niżej!
Na własną prośbę i za zgodą kierownika miejscowej szkoły naukę w szkole
rozpocząłem przed ukończeniem 6 roku życia (brakowało 6 dni). 1 września
1931r. uradowany, z torbą na ramieniu wszedłem do klasy i zająłem miejsce w
pierwszej ławce. Nauczycielka - St. Gózówna siedziała już za katedrą. Po
modlitwie - jeszcze nie ochłonąłem z wrażenia - drugoroczniak Michaś
Seremczuk kłamliwie "wybulgotał" - proszę pani - Ilnicki powiedział na panią
głupstwo! Pani zapytała tylko który to? Postawiła na środek klasy krzesło,
kazała mi się pochylić nad nim tak, aby czoło dotykało blatu, ręce
opuszczone do dołu i wysmagała mnie kijem po naprężonym tyłeczku, aż
zapiszczałem z bólu. Zostawiając wszystko uciekłem z płaczem do domu. Ojciec
- po powrocie z pola - wieczorem udał się do domu pani i tam ją odpowiednio
"poedukował" Taki miałem niefortunny chrzest z wymarzoną szkołą. Było to dla
mnie tym bardziej nieludzkie, ponieważ rodzice nigdy nas nie bili, a tu za
darmo, wskutek nieodpowiedzialnego żartu taka heca! Niestety kij i pięść
były tam nieodłącznym atrybutem samowolnej władzy nauczycielskiej. Bito
dzieci w szkole z błahej przyczyny, a często bez powodu. Były takie okresy,
że ni stąd ni zowąd człowiek wędrował na "krzesło", a to przecież bardzo
bolało. W końcu wpadłem na zbawienny pomysł według zasady, że potrzeba jest
matką wynalazku. Po prostu, gdy był okres wzmożonego bicia, umocowałem sobie
pod spodnie grubszy bandaż i w czasie akcji po aktorsku współuczestniczyłem
w "spektaklu". Byłem uratowany! O tym nawet domownicy nie wiedzieli.
Dopiero po 1932 roku, gdy probostwo objął wspaniały i mądry ksiądz T.
Wróbel, wszystko się we wsi odmieniło. Był świetnym organizatorem życia
religijnego i potrzeb wsi. Żył naszymi problemami. Od razu włączyłem się do
zorganizowanego przez niego Kółka Ministrantów, nawet przez kilka lat byłem
prezesem tego Kółka i czytelnikiem znajdującego się na probostwie bogatego
księgozbioru.
Po wybuchu wojny nastąpiły ciężkie czasy. 17 września 1939 roku wojska
radzieckie zajęły nasze ziemie. Zorganizowano kołchozy (mój ojciec odmówił).
W lutym 1940r. nastąpiła pierwsza masowa wywózka, w czasie której i nas
mogli wywieźć na Sybir, ale przeszkodził temu wybuch wojny
niemiecko-sowieckiej. Po kilkunastu dniach wojny, władzę u nas objęli
Niemcy, którą oddali sowietom na wiosnę 1944r. Za pierwszych sowietów trwał
terror związany z przymusowym zakładaniem kołchozu i ściąganiem
obowiązkowych dostaw. Za okupacji niemieckiej jeszcze bardziej ściągano
kontyngenty oraz panowała masowa łapanka i wywóz na przymusowe roboty do
Niemiec. Aby mnie wreszcie dali spokój z wywózką do Niemiec, bo chorowałem
wówczas na płuca, moja siostra Stefa w 1942 roku wymieniła mnie w łapance i
dobrowolnie wyjechała za mnie na przymusowe prace do Niemiec, skąd wróciła
dopiero w 1946 roku. Dziękuję Ci Siostrzyczko!
Jakby tego nieszczęścia było mało, począwszy od 1943r. Ukraińcy na wielka
skalę zaczęli w bestialski sposób mordować zamieszkałych tam Polaków i to od
niemowląt do starców. Było generalną zasadą, że każdy żyjący tam Polak musi
zginąć nie tak normalnie zabity, lecz musi skonać w największych
męczarniach. Robiła tak Ukraińska Powstańcza Armia (UPA). Od wiosny 1944r.
po objęciu Kresów przez władze radzieckie, masowe mordowanie ludności
polskiej przez banderowców przybrały przerażające rozmiary. Byliśmy
pozostawieni na pastwę losu! Nie było znikąd żadnego ratunku! Żadnej pomocy.
Cały świat o nas zapomniał!!! Tam było prawdziwe piekło! Wojska zaangażowane
były dalej na zachodzie w walkach frontowych. Mężczyzn zabrano do wojska.
Pozostały tylko kobiety, dzieci i starcy. Była wojna! Przedstawiciele władzy
radzieckiej też byli zdziesiątkowani przez UPA. W tym czasie UPA wymordowała
tam w większości najbardziej bestialski sposób - około 500.000 Bogu ducha
winnych Polaków za to tylko, że byli Polakami.
Celem zahamowania morderstw, podjęcia walki z UPA i ochrony ludności
polskiej przed rzezią - z zamieszkałych tam Polaków zorganizowano Pościgowe
bataliony tzw. "Istriebitielnyje Bataliony", w których walczyłem. W
Jezierzanach nasz batalion liczył kilkadziesiąt dobrze uzbrojonych ludzi. To
tylko dzięki naszej determinacji nie doszło do wymordowania Polaków w
Jezierzanach, podczas gdy w sąsiednich wsiach wszystkich wymordowano, a
domostwa spalono. Wspomnę tu, że siostry mojej mamy Julcia Łopuszańska i
Janka Zdanowicz poszły w dniu 16.02.1945r. do sąsiedniej wsi "bić olej" z
siemienia i ślad po nich zaginął.
Z oburzeniem i zdziwieniem obserwuję niezrozumiałe milczenie władz
polskich zarówno tych z PRL jak też suwerennych w sprawie opisanych wyżej
zbrodni dokonanych na niewinnych Polakach. Żydzi by nie milczeli! A czy
Polacy muszą? Przecież tam w okrutny sposób zakatowano około pół miliona
Polaków za to tylko, że byli Polakami. Ta niespotykana w dziejach ludzkości
bandycka masakra niewinnej ludności polskiej nie była konieczna do powstania
niepodległego państwa ukraińskiego. Pozostało pytanie i krzyk dlaczego na
oczach świata dopuszczono do zbrodni ludobójstwa? Dlaczego świat o tym
milczy? Dlaczego Polacy nabrali wody w usta? Jak dotychczas tylko
"Kresowianie" z kraju i zza granicy żądają wyjaśnienia tych zbrodni, ale to
niezmiennie pozostaje bez echa. Zaklęte to, czy co? Kiedy historia o to się
upomni?
W maju 1945r. repatriowano nas do Polski. Rodzice, w zamian za pozostawione
gospodarstwo rolne otrzymali poniemieckie gospodarstwo rolne w Dziegciarni,
powiat Wyrzysk i trzeba było wszystko zaczynać od początku.
Ja już w jesieni 1944r. - kiedy przeszła przez nasze ziemie straszliwa
ofensywa wojsk radzieckich i niemieckich, pozostawiając po sobie same
zgliszcza - wyczułem, że trzeba swój los zmienić, że trzeba poprzez
gruntowną naukę zbudować swój lepszy świat. Miałem szczęście spotkać
wspaniałego przyjaciela Staszka Smulskiego, z którym w Tłumaczu, po
wyrażeniu zgody rodziców, rozpocząłem naukę w średniej szkole z polskim
językiem nauczania. Książek nie było. Notatki z lekcji robiliśmy na drukach
poniemieckich. Całym tchem wchłanialiśmy przekazywaną nam wiedzę. Byliśmy
nawet źli, kiedy dzwonek na przerwę przerywał ciekawą lekcję. A po lekcjach
do późnej nocy wkuwanie, wkuwanie i wzajemne dyktanda, bo braki były duże.
Po przyjeździe w bydgoskie, obaj z Drzewianowa (miejsce osiedlenia się
Smulskich) udaliśmy się pieszo do Bydgoszczy (ok. 30 km) by znaleźć i
zapisać się do szkoły z internatem. Po dwóch dniach (nocleg w opuszczonym
baraku, wikt - zupa w punkcie UNRY) znaleźliśmy szkołę średnią - późniejsze
Liceum Pedagogiczne. Maturę zdaliśmy w 1949 roku. W liceum przez wszystkie
lata nauki byłem seniorem klasy i prezesem Kółka Literackiego, a nawet
wyróżniono mnie w czasie matury, zwalniając mnie z ustnego egzaminu z
matematyki. Piszę o tym tylko dlatego, by wykazać, iż nieustanny upór w
pracy nad sobą musiał dać pozytywne wyniki. Pracując jako nauczyciel razem
ze Staszkiem ukończyłem Wydział Prawa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w
Toruniu i obaj przeszliśmy już w stan spoczynku jako sędziowie sądu
okręgowego.
Dziękuję Ci Staszku z całego serca za to, że byłeś zawsze przy mnie, że
inspirowaliśmy się wzajemnie, bo w pojedynkę chyba byłoby trudniej. Stale
nazywano nas braćmi syjamskimi. Brawo!
Odczuwam - jak dotychczas - że od najmłodszych lat Opatrzność Boska stale
nade mną czuwa i że sprzyja mi łut szczęścia, tzn., że gwiazdy dobrze mi się
układają, bowiem wszystkie moje główne zamierzenia, mimo trudności i
przeszkód, spełniły się. Uwieńczeniem ustawicznej pracy nad sobą było
zdobycie wykształcenia prawniczego i wykonywania, aż do przejścia w stan
spoczynku, najbardziej zaszczytnego zawodu w Państwie - sędziego sądu
okręgowego.
A oto dwa niezwykłe wydarzenia, które mocno przeżyłem:
1. W czerwcu 1944 roku ciężko zachorowałem na tyfus. Cesia, z Toporowiec,
dokąd zbiegliśmy całymi rodzinami przed frontem, drabiniastym wozem zawiozła
mnie do szpitala w Śniatynie. Po kilku dniach byłem już w stanie agonalnym i
pielęgniarki zawlokły mnie przez szpitalny dziedziniec do izolatki, gdzie
się umierało. Inni odeszli - ja wyżyłem.
2. W lutym 1945 roku, będąc ze Staszkiem na stancji u Sabotowiczów w
Tłumaczu (był to czas masowych mordów) - w nocy wtargnęło do mieszkania
kilku, po zęby uzbrojonych, ubranych w kożuchy i szynele osobników.
Zdążyliśmy z gospodarzem ukryć się w piwniczce pod piecem. Nie było ucieczki
i byliśmy przekonani, że za chwilę zginiemy w męczarniach z rąk banderowców.
Jeden z nich zaczął zagadywać gospodynię: "Skaży, de je chłopci, my swoi"
(powiedz, gdzie są chłopcy, my swoi). Kobieta wskazała nasza kryjówkę,
Wyszliśmy zdrętwiali z przerażenia. Czekałem tylko z której strony i jak
zaczną rżnąć. Sabotowicz ze strachu nagle posiwiał. Po chwili okazało się,
że było to tylko jakieś dziwne nocne sprawdzanie dokumentów przez wojskowe
władze miasta i ukraińskich dziesiętników. Potworne to! Większego strachu w
życiu już chyba nie można mieć!
Józef Ilnicki, Bydgoszcz, 1998 |
| Helenka Szczepańska - Sybiraczka |
|
Helenka Szczepańska - Sybiraczka
ze Lwowa rodem z Biecza
W XX wieku w Bieczu przy ulicy Sienkiewicza (później Potockiego),
nieopodal domu akuszerki p. Cisakowej mieszkała w murowanym domu rodzina
Szczepańskich, sąsiadując z Eustachiewiczami. Z nimi oraz Ołpińskimi była to
rodzina - powinowaci, bo z krwi ojca Ignacego Wilczyńskiego pochodziło
pokrewieństwo. Matka Salomei Szczepańskiej była z domu Wilczyńska, tak, jak
i babka Rożniówien, które wyszły za Eustachiewicza - jedna a druga za
Ołpińskiego. Marianna Szczepańska pochodziła z rodziny burgrabiego bieckiego
z czasów przedrozbiorowych. Urodzona w 1790 roku została żoną Ignacego
Wilczyńskiego (żyła do 1868 r.) i między innymi dziećmi mieli córkę Monikę
Wilczyńską, która została matką naszej babci Anny Rożeń, czyli Marianna
Szczepańska jest naszą pra-pra-babcią. Dwaj inni bracia z tej rodziny Antoni
i Franciszek Szczepańscy byli powstańcami 1863 roku i tylko Franciszek
wrócił żywy. Jeden z braci Szczepańskich wziął za żonę Salomeę Solecką, a ta
urodziła mu czworo dzieci i najstarszą córkę Helenę.
I to o niej jest opowieść.
Helenka była córką Adama Szczepańskiego i Salomei z domu Solecka.
Urodziła się jako najstarsze dziecko swych rodziców Adama (1877 - 1939)i
wspomnianej Salomei. Helena jeszcze przed wojną wyjechała do ciotek Marii i
Zofii Brożynówien do Lwowa i tam ją wychowywały. Ukończyła średnią szkołę,
zrobiła maturę we Lwowie, a potem dostała się na posadę. Niestety zastała ją
tam wojna i zajęcie Lwowa przez bolszewików. Helena była młoda i ładna i
jakiś bolszewicki oficer zakochał się w niej i wyszła za niego za mąż. I
kiedy ten nieznany z imienia mąż ruszył na front, kazał jej udać się z
nowonarodzoną córeczką do swojej matki nad Morze Czarne bodajże do Odessy,
gdzie ją sam odwiózł. W ten sposób straciła kontakt z ciotkami, które
powróciły do Biecza. Natomiast o Helenie słuch zaginął, okazało się potem,
że rosyjska teściowa, kiedy syn poszedł z frontem, odesłała ją jako
nienawistną Polaczkę na Sybir z własną wnuczką Martą. Helenkę z małym
dzieckiem na ręku zabrało NKWD i wieść o jej losach nigdy do Polski nie
dotarła. Na nic się zdało długotrwałe oczekiwanie matki Salomei w kraju i do
samej śmierci nie dostała żadnego znaku życia od ukochanej córki, za którą
oczy wypłakiwała i żyła nadzieją, że wróci i ucieszy stęsknione serce matki.
Pomimo poszukiwań przez PCK, i innych organizacji nie napłynęła żadna
informacja, nadzieję matce dawały wróżby z kart na ustawicznie zadawane
pytanie: czy żyje i jaki jest jej los. Salomea chciała koniecznie przed
śmiercią doczekać powrotu córki i nakazała pozostałym, młodszym dzieciom
nadal poszukiwać siostry, kiedy jej już nie będzie na tym świecie. Była
schorowana, cierpiała na nowotwór żołądka i niestety powrotu córki nie
doczekała. Zmarła po wypisaniu kolejnego listu do Stalina, Czerwonego Krzyża
i Czerwonego Półksiężyca. Jeszcze tylko przed swoją śmiercią przykazała
rodzinie, aby nie zaprzestawali poszukiwań, a w razie gdyby się córka
zaginiona odnalazła, pomóc jej we wszystkim, obdarować częścią należnego
majątku i ułatwić start w Polsce, a przede wszystkim przyjąć do domu
rodzinnego. A jeśliby przyszła wiadomość, że zmarła, to rodzeństwo ma
pojechać na jej grób.
A tymczasem... Helena wbrew wszystkiemu, całemu złemu swemu losowi
zachowała życie. Ale co to było za życie! Żyła daleko na Syberii w nędznym
posiółku, skąd via Moskwa przyjechała do ojczyzny w latach sześćdziesiątych
w poszukiwaniu matki - w nagrodę uzyskaną od Chruszczowa za swoje wyniki
pracy jako traktorzystki. Niestety nie zobaczyła już matki żywej, był to rok
1962, a ona kaleczyła język polski i nic nie rozumiała, co jest w kraju.
Szła sobie od stacji w Bieczu do rynku i po drodze pytała ludzi, gdzie
mieszka Salomea Szczepańska. Ktoś jej powiedział, że na cmentarzu, więc szła
dalej do rynku, przy którym ktoś ją przyprowadził do siostry Marii
Wędrychowiczowej, właśnie mieszkającej w Rynku. Tam opowiedziała swoje losy.
Rozglądała się dookoła i stwierdziła, że wszyscy są "burżujami" i nie
pracują i chciała natychmiast odjeżdżać. Przyszli jej bracia Adam i Olek i
inni ludzie zaczęli jej tłumaczyć i przedstawiać swoje racje o Polsce.
Uczyli ją mówić po polsku i opowiedziała swoją historię. Z Odessy wywieziono
ją pierwszym transportem do tajgi na Syberię. Jechała z malutkim dzieckiem
dwa miesiące i po wyjściu z pociągu w środku lasu szła razem z innymi ludźmi
bardzo długo i nigdzie nie było widać zapowiedzianego domu czy schronienia.
I kiedy okazało się, że nie ma żadnego nigdzie domu, ludzie się zatrzymali i
pobudowali chaty z gałęzi i zamieszkali w nich, aby przetrwać zimę. Był
straszny głód, karczowali las, zaczęli hodować jakieś zwierzęta, a później
powstał kołchoz. W tym zbiorowisku ludzi ona była najmądrzejsza, umiała
pisać i czytać, zatrudniono więc ją do liczenia i pisania kołchozowej
dokumentacji. Było jej samej ciężko i aby wykarczować działkę przyzagrodową
oraz wybudować chatę, wzięła sobie staruszka za męża, który jej pomagał w
domu i wychowywał dziecko podczas jej nieobecności. Kołchoz rósł w oczach i
miał najlepsze wyniki w hodowli zwierząt domowych oraz plonach. Dorastającą
córkę wysłała do szkoły, bo w międzyczasie została kierownikiem kołchozu i
otrzymywała nagrody za wyniki produkcyjne, oraz odznaczenia. Ta
uprzywilejowana sytuacja pozwoliła jej wysłać córkę do Irkucka, a następnie
do Moskwy i tam Marta zdobyła wyższe wykształcenie. A jakie to? - pytali
ciekawie krewniacy. A traktorzystki - umie na traktorze jeździć i na
wszystkich markach traktorów i zna się na glebie i drzewach. I kiedy
krewniacy usiłowali poprawić jej mniemanie, co tego "wyższego
wykształcenia", protestowała i obstawała przy swoim oglądzie dostępnego dla
niej świata. Helenka była w 1962 roku starą, pomarszczoną, zniszczoną,
zgarbioną babulinką, a naprawdę liczyła około czterdzieści lat życia wtedy.
Zapytana jak uzyskała wreszcie zezwolenie na wyjazd z ZSRR odpowiedziała
łamaną polszczyzną, bardziej po rosyjsku: "jak ja zdobyłam tam tak wielkie
uznanie i odznaczenia za pracę w kołchozie i sowchozie, to zostałam
zaproszona w nagrodę do Moskwy do naczelnych władz, a tam sam Chruszczow
zapytał mnie czego bym chciała, czego bym pragnęła? Jak jeszcze może mnie
wynagrodzić za osiągnięcia gospodarcze w kołchozie. I Helenka odpowiedziała
Nikicie Chruszczowowi: "chciałabym choć jeden raz zobaczyć swoją matuszkę".
Chruszczow pyta przy wszystkich: a gdzie ta Twoja matuszka mieszka?
Odpowiedziałam zaskoczonemu przywódcy że... w Polszy! A on
skonsternowany.... Gdzie? W Polszy! Gdzie? W krakowskiej guberni w Bieczu!
Chruszczow mówi... To ty chcesz tak daleko jechać? I wrócisz!? Tak! Mam
córkę, więc wrócę, tylko matkę i rodzeństwo zobaczę i wrócę! Zobaczę kto i
co zostało po wojnie i wrócę! Nic nie wiem o swojej rodzinie. Chruszczow na
to powiedział: Skoro nie chcesz pieniędzy, ani urlopu tutaj w kurorcie w
naszej matuszce Rosji, to pojedziesz i wrócisz tu! I tak się stało!
Przygotowania do wyjazdu Helenki trwały cały rok. Mój stary mąż, wszyscy
ludzie z kołchozu i cała wieś mi pomagali, abym mogła wyjechać do matki... a
ona umarła! Była już starucha i umarła! (Nawet łza jej nie pociekła, tak ją
te syberyjskie śmierci innych zahartowały... tamta codzienność!). To mój mąż
na wyjazd specjalnie pojechał do Irkucka żeby mi kupić najdroższy i
najlepszy materiał na kostium i dał do krawca, żeby mi uszył! Ładny -
prawda? (Był to zafarbowany worek jutowy). I kiedy siostra Marysia i inne
kobiety z rodziny dały Helence nowe, polskie ubrania, to ona nie chciała ich
włożyć, żeby nie wyglądać na burżujkę. Ale na siłę ją w coś ubrali i dali
chustkę a głowę, a na nogi zwyczajne buty, bo miała tylko walonki. Nie
usiadła na chwilę, tylko cały czas coś robiła, a to plewiła ogród, a to coś
innego i dziwiła się, że wokół wszyscy próżnują po przyjściu z pracy w
zakładach. Skróciła swój pobyt w Polsce, bo źle jej tu było... bo tylko
jedzą i piją, siedzą i nic nie robią. Jak tak można żyć? - pytała. A
przecież wszyscy pracowali, cała, polska rodzina Helenki. Siostra Marysia
prowadziła sklep GS, brat Olek pracował w tartaku i mieszkał w domu jej
matki, brat Adam też miał pracę jako strażak, mieszkał u swojej żony na
Przedmieściu. Helenka się nudziła i tęskniła za swoją rodziną, kołchozem, a
przede wszystkim pracą do której przywykła. Postanowiła wracać.
Rodzeństwo spłaciło ją z należnego spadku po rodzicach i kupili
materiałów na sukienki, ubrania, różnych potrzebnych rzeczy i spakowali to
wszystko do trzech walizek. Odwieźli ją do Przemyśla samochodem, ale po
przekroczeniu granicy cały jej dobytek skonfiskowali jej współobywatele, za
którymi tak tęskniła i z którymi się utożsamiała, biedna. Nie pomogły żadne
starania, zaświadczenia łapówki, znajomości. Została z jedną walizką, z 1
materiałem, 1 kompletem bielizny, 1 kompletem pościeli i drobiazgami
kosmetycznymi. Po dwóch miesiącach podróży przez ZSRR wróciła do swego
kołchozu i napisała list po rosyjsku, że jest już w swojej wsi i teraz
najbogatsza ze wszystkich. Jej córka i mąż bardzo się ucieszyli z prezentów.
Wśród nich był polski elementarz i różaniec i święty obrazek NMP, żeby
nauczyła córkę polskiego i modlić się. Ale ta odmówiła - nie czuła już
takiej potrzeby, widocznie została gruntownie zrusyfikowana, widocznie i
geny ojca odegrały swoją rolę. Wkrótce umarł jej mąż, córka pojechała gdzieś
daleko, a samotna Helena oczekiwała teraz wizyty swoich braci Adama i Olka w
głębi swojej tajgi. I kiedy oni dotarli do Irkucka - jechali dwa tygodnie
pociągiem - zostali zaaresztowani pod pretekstem szpiegostwa na rzecz
amerykańskiego wywiadu i siedzieli tydzień, zanim sprawa się wyjaśniła i
władze sprawdziły ich cel podróży oraz podany adres kołchozu, do którego
jechali. Musieli w celu dotarcia do kołchozu przepłynąć Jenisej, ale nie
wiedzieli czym i jak, bo nie widać było żadnej łodzi czy innego środka
komunikacji wodnej. Jedynie przypływały bale drewna spławiane rzeką po
spięciu ich hakami. Jenisej w tym miejscu jest tak szeroki, że nie widać
drugiego brzegu, a bracia czekali z walizkami nad tą wielką wodą. Miejscowi
ludzie powiedzieli, że tylko 2 razy w tygodniu odpływa łódka, ale tym razem
nie przypłynęła i tylko ogromne bale drewna szły z wartkim nurtem.
Szczepańscy zastanawiali się jak między tymi ogromnymi balami może
przepłynąć mała łódka, żeby nie zostać zmiażdżona? I podczas tego czekania
zostali właśnie zaaresztowani jako podejrzani o szpiegostwo przez
funkcjonariuszy milicji. Zabrano im paszporty i milicjanci udając, że
czytają (trzymali do góry nogami) zabrali podejrzanych do aresztu. Następnie
wykonali szereg telefonów do Moskwy celem sprawdzenia niebywałych intruzów.
Trwało to tydzień i pozostało tylko ostatnie siedem dni jeszcze na samą
wizytę u siostry. Zwolnieni z więzienia poszli nad brzeg Jenisjeju,
przypłynęła łódka - skorupka i jak tu wsiadać, skoro dookoła płynie mnóstwo
bali? Bracia przeżegnali się ukradkiem i z duszą na ramieniu obserwowali
przewoźnika jak z cyrkową umiejętnością manewrował wiosłami to przyciągając,
to odpychając bale i burty. Szczęśliwie osiągnęli przeciwny brzeg, wysiedli,
a tu szczere pole bez końca, pustkowie, wieczór zapada, nic nie widać, ani
słychać, łódka odpłynęła z powrotem. I kiedy stracili nadzieję na dalszą
drogę, nadjechał z ciemności traktor, a traktorzysta zapytał: czy to Adam i
Olek Szczepańscy? Bracia Heleny? I po chwili wahania, czy znowu nie trafią
do aresztu, dali się namówić po rosyjsku do skorzystania z tego pojazdu. Nie
było żadnej drogi, drogowskazów, dookoła tylko równina i lasy. Zupełnie nie
wiedzieli jak trafi do celu ich nowy przewoźnik. On zagadnięty odpowiedział,
że po gwiazdach. Co jakiś czas się zatrzymywał i obserwował położenie gwiazd
na niebie. I tak dojechali do kołchozu, po całonocnej wędrówce przez step i
zatrzymywaniu się co kilka kilometrów, w celu obserwacji nieba i położenia
gwiazd. Rankiem dotarli do celu, cała wieś na nich czekała, zaczęły się
wiwaty, tańce, granie i popijanie wódki. Na zagryzkę była słonina i chleb,
oraz rarytas: kiszone ogórki. Z domu siostry musieli iść na poczęstunek do
każdego domu po kolei i wszędzie byli serdecznie witani w identyczny sposób,
więc chcieli się zrewanżować i kupić papierosy. Zapytali siostry gdzie jest
sklep, a ona odrzekła, że przyjedzie za trzy dni i trzeba mieć słoninę jako
zapłatę. Ten objazdowy sklep nie żądał rubli, tylko i wyłącznie słoninę, a
okazał się ciężarowym samochodem i Helena zapłaciła za nasze zakupy czyli
papierosy i słodycze i wódkę, słoniną i prosiakiem. Cała wieś ich żegnała
nad Jenisjejem i powrotną drogę odbyli do Moskwy jadąc dwa tygodnie, a stąd
tylko cztery dni do Polski. I tak przysłowiowa szczera dusza rosyjskiego
mużyka stanęła do rywalizacji z mieszczańską gościnnością polskiej rodziny.
Helena nigdy by się nie zaaklimatyzowała w Polsce, uważała rodzeństwo za
burżujów jak i wszyscy jej nowi ziomkowie. Starszy brat Olek był w
partyzantce, widział Rusków w lasach na Podkarpaciu, ale takiej nędzy nie
wyobrażał sobie nigdy. Mówił oni tam żyją, jak w epoce kamienia łupanego.
Niestety nie widzieli nigdy siostrzenicy, podobno wyszła za mąż,
powiedzieli, że zawsze przyjmą ją do rodziny i może wrócić do Polski, żeby
napisała choć po rosyjsku. Ale po Helence znowu słuch zaginął... milczenie
tym razem chyba ostateczne.
Spisała Anna Tryszczyło - Mróz |
| Jak nas "ruszczono" na Kresach Wschodnich |
|
Warto jeszcze wspomnieć, jak
doszło do zanikania polskiego stanu posiadania na naszych Kresach
Wschodnich. Z moich obserwacji wynika, że zawinili tu również sami Polacy, a
szczególnie arystokracja nasza. Arystokraci troszczyli się zbytnio o swój
arystokratyczny stan i tę sprawę stawiali często na czele swoich starań.
Nieraz urządzali dla siebie kaplice w swoich pałacach i utrzymywali tam
kapelana, zaś dla pospólstwa budowali po wsiach cerkwie. Wytwarzał się więc
taki stan, że kościół był jeden, gdzieś przy siedzibie pana, cerkwi zaś było
wiele, rozsianych po wsiach. Po drugie Rusini, później zwani Ukraińcami,
wcześnie rozpoczęli działania dla powiększania swego stanu posiadania. Mieli
prawnych doradców, którzy dawali wskazówki ruskim proboszczom, jak
wyzyskiwać ówczesne prawa zwyczajowe, które w zaborze austriackim z czasem
stawały się prawami państwowymi. Prawo to polegało na tym, że kto był
ochrzczony w kościele, był uznawany przez państwo za Polaka, kto ochrzcił
się w cerkwi i tam był zapisany w księgach metrykalnych, był uznawany za
Rusina. Bywało, że dziecko polskie było chore i należało je prędko ochrzcić,
albo też niepogoda utrudniała dojazd do kościoła lub jakiś inny był powód,
że polskie dzieci chrzczono w cerkwi, które znajdowały się blisko domostw, a
nie w oddalonych kościołach katolickich. Proboszcz ruski miał obowiązek
odesłać kartkę o chrzcie polskiemu proboszczowi, ale zwykle nie posyłał,
wpisywał chrzest do swoich ksiąg i w rocznym sprawozdaniu do starostwa
dziecko to figurowało już jako grekokatolik, czyli ruskie. Tak działo się
przez wiele lat, więc dlatego niektóre wioski zostały zupełnie zruszczone.
Powyższe wypowiedzi opieram nie na domysłach, ale na stwierdzonych faktach.
Po dwóch latach kapłaństwa zostałem mianowany administratorem parafii we wsi
Sidorów, pow. Kopyczyńce. Parafia była rozległa, obejmowała wsie: Sidorów,
Szydłowce, Suchodół, Krzyweńkie, Wasylków, Zieloną, Bernadówkę i Trojanówkę.
Na tym terenie był jeden kościół, a cztery cerkwie, pracował jeden kapłan
rzymskokatolicki, a pięciu greckokatolickich, czyli ruskich. A co ja
zastałem w Sidorowie po objęciu tej parafii? Był wtedy rok 1936. Opowiadali
mi starzy parafianie, jak to było dawniej przez wiele lat. Proboszczem był
przez długie lata ks. kanonik Basarabowicz. Był to staruszek, już bardzo
zniedołężniały, po prostu niezdolny do wypełniania wszystkich prac
duszpasterskich. Pod kościołem rosła wielka lipa. Pod tym drzewem ustawiony
był stół i krzesła. Tam stale przesiadywał staruszek, ks. kan. Basarabowicz,
bo płuca jego potrzebowały świeżego powietrza. Bardzo często i chętnie
odwiedzali go sąsiedzi, księża ruscy, by staruszek nie czuł się osamotniony
a głównie, by prowadzić swój proceder. Dla zabawienia staruszka grywano z
nim preferansa. A bywało tak: podczas gry przyszła kobieta zgłosić chrzest.
Młodzi towarzysze starego kanonika zatrzymali kobietę mówiąc, że nie wypada
męczyć staruszka, niech kobieta przyjdzie do któregoś z nich, to ochrzczą
dziecko i prześlą kanonikowi kartkę. "Ks. kanonik pozwoli?" Ks. Kanonik
pozwalał, ale ruski ksiądz po chrzcie kartki nie przysyłał, lecz chrzest
wpisał do swoich ksiąg metrykalnych. W rocznym więc wykazie chrztów do
starostwa to dziecko figurowało już jako grekokatolik, czyli ruskie. Tak
trwało przez lata, przez okres proboszczowania niedołężnego ks.
Basarabowicza. Nic więc dziwnego, że w ten sposób ruszczono. Podaję stan
jednej wioski tej parafii Szydłowce, w czasie, gdy objąłem tę parafię.
Wioska Szydłowce była zaściankiem szlacheckim. Zamieszkiwały tam dwa rody:
Dębióskich i Zaborowskich. Ja zastałem taki stan: prawie połowa Dębióskich
nazywała się Dubióskij', prawie połowa Zaborowskich już podpisywała się -
Zaborowśkij' - a więc byli już zruszczeni. Gdy w roku 1936 objąłem parafię w
Sidorowie, zastałem jeszcze jednego księdza greckokatolickiego, który grywał
z ks. Basarabowiczem w preferansa. Nazywał się Bukowski i był proboszczem w
Szydłowcach. Ponieważ byłem bardzo młodym kapłanem, bo tylko dwa lata po
święceniach, ks. Bukowski myślał, że łatwo mu będzie prowadzić ze mną ten
proceder walki o dusze, jak kiedyś ze zniedołężniałym staruszkiem, ks.
Basarabowiczem. Ponieważ ja nie grałem w preferansa, ks. Bukowski zaczął
działać na innym polu. Starał się nie dopuszczać mnie w szkole do odbycia z
dziećmi lekcji religii. Gdy przyjechałem do szkoły, on zaraz zaczynał
opowiadać różne historyjki, by mnie przytrzymać i by minęła godzina
lekcyjna. Prędko poznałem się na jego metodzie. Powiedziałem mu, że chętnie
będę słuchał, ale po odbyciu lekcji. Gdy po kilku próbach nie udało mu się
mnie przytrzymać, zaczął ze mnie pokpiwać. Więc mówił o mnie, że jestem
młody i bardzo gorliwy i pełen zapału, ale prędko ten zapał przygaśnie i
gorliwość zmaleje. Gdy w szkole nic mu się ze mną nie udawało, zaczął
inaczej. Ja do Szydłowic dojeżdżałem kilka kilometrów przez pole. Przy tej
drodze ks. Bukowski miał swoje morgi. Wychodził na to pole, stawał przy
drodze i czekał na mnie. Gdy nadjechałem, zatrzymywał mnie i zaczął pouczać
o uprawie roli, o gospodarce rolnej itp. Zrozumiałem prędko do czego zdąża.
Chodziło mu o to, bym lekcji nie odbywał, bo on później brał wszystkie
dzieci, w tym polskie, uczył katechizmu po rusku i w ten sposób ruszczył.
Poprosiłem więc, aby tu poczekał, bo chętnie posłucham jego wykładu, jak
będę wracał po lekcji. Zatem i w ten sposób nie udało mu się mnie opanować.
Wobec tego ks. Bukowski był wściekły na mnie, że ze mną nie udawała mu się
walka o dusze. Walkę tę prowadził dalej, ale skończyła się ona dla niego
tragicznie. Czas mojej pracy w Sidorowie to okres bardzo intensywnego
działania Akcji Katolickiej. W każdej parafii obowiązkowo organizowano
cztery koła - mężczyzn, kobiet, młodzieży męskiej i żeńskiej. W Sidorowie ta
akcja była bardzo ożywiona. Było tam wojsko graniczne, które chętnie brało
udział w tej akcji, szczególnie w urządzaniu przedstawień, festynów, zabaw.
Przychodzili żołnierze z orkiestrą, co ściągało bardzo młodzież. W tym
czasie jedna parafianka ks. Bukowskiego miała dużo koleżanek w mojej parafii
i często je odwiedzała, przychodziła, gdy były zabawy, a także czasem
przychodziła na zebranie Akcji Katolickiej. Raz zażartowałem mówiąc, że
jeżeli podoba się jej u nas, to niech zmieni obrządek. Odpowiedziała
roztropnie, że będzie to zależało od tego, jakiego dostanie męża. Jeżeli
będzie Polak, to chętnie obrządek zmieni, jeżeli będzie Ukrainiec, to nie ma
sensu zmieniać. Przyznałem jej rację i więcej tą sprawą się nie
interesowałem. Zdarzyło się jednak, i to dość prędko, że trafił się jej
narzeczony Polak i to bogaty. Postanowiła więc przejść na obrządek
rzymskokatolicki. Przybiegła do mnie i pytała, jak tę sprawę załatwić.
Powiedziałem, że trzeba pismo skierować do starostwa i dołączyć metrykę
chrztu. Poszła więc do swego proboszcza po tę metrykę, ale proboszcz metryki
nie dał, zbeształ ją i za drzwi wyrzucił. Przyszła znów do mnie z płaczem -
co dalej robić? Radziłem, by załatwić tę sprawę urzędowo przez starostwo. Na
żądanie starostwa ks. Bukowski już musiał wydać metrykę chrztu tej
dziewczyny, ale w najbliższą niedzielę strasznie beształ ją z ambony i tak
się strasznie zdenerwował, że dostał wylewu krwi do mózgu. Zniesiono go z
ambony nieprzytomnego. Wywieziono następnie do Lwowa na leczenie. W szpitalu
przebywał około pół roku - gdy wrócił, był już zupełnie niezdolny do
jakiejkolwiek pracy, bo umysł jego już nie działał. Tak tragicznie skończyła
się dla niego ustawiczna walka o dusze.
Ks. mgr Kazimierz Orkusz |
| Głęboczek, powiat Borszczow |
|
GŁĘBOCZEK (Chlyboczek) - z
opowieści miejscowych ludzi dowiadujemy się, że...
 "przed
wojną polowa wioski to były Polacy. Kościol był dośc bogatym. Już w czasie
frontu 1944-go kościol był zamkniety. Po wysiedleniu z Hlyboczka w 1945-46
wiekszości miejscowych Polaków, komuniści zaczeli go niszczyc. Niszczono
kościol w dośc okrutny sposób: sekirą rebali mąstracje. Chóre, lawki, plity
z podlogi rozebrali. Rozebrali również organ. Dzieci przesiedlonych w
Ukraine Lemków jeszcze długo bawili się (grali) tymy trebami z organu.
Później z kościoła zrobili magazyn zboża. Wiec strasznie rozplodili się tam
myszy i szczure. Jeszcze później, już za Brieżniewa, w kościele założyli
muzeum… ateizmu. Było tam aż 10 pomników Leninu (różnych - Lenin stoi, Lenin
siedzi), a na miejscu ołtarza stal olbrzymy Yuri Gagarin w butach z
cholewami. Dziś w Hlybochku mieszka 28 polskich rodzin.W czasach radzieckich
rzymo-katolicy z Hlybochka modlili się w kościele w Borszczowie, którego
sowieci nie zamknęły. Kościol w Hlyboczku stoi w cześci wioski, która nazywa
się Batrynówka. Przed wojną na Batrynówce mieszkalo 5 rodzin z nazwiskiem
Ksiądzyna. Dziś kilka Ksiądzyn mieszkają w tej czesci wioski, która nazywa
się Syniawka. Na wiejskim cmietarzu jest mogila jakiegos Jana Ksiądzyny."
(Opis oryginalny pisany przez potomka Polaków, słabo znającego język polski) |
|
|
Przyślij wspomnienia swoich
przodków KONTAKTY |
|
|
|